wtorek, 1 sierpnia 2017

mocno subiektywna relacja z trzeciej edycji meet beauty

minął już jakiś czas i mogę spokojnie powiedzieć, że emocje opadły, a ja trochę ochłonęłam i teraz mogę Wam w końcu opowiedzieć o trzeciej edycji konferencji blogerskiej Meet Beauty. czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta to wydarzenie, które miało miejsce w maju? wiem, że minęło już sporo czasu, ale jeśli jesteście ciekawi mojej relacji, zapraszam ;)
każda edycja Meet Beauty budziła ogromne zainteresowanie i emocje. tym razem nie było inaczej. konferencja blogerska, w której biorą udział największe blogi kosmetyczne to nie lada gratka. mam to szczęście, że udało mi się dostać na każdą z trzech edycji, dzięki czemu mam pewne porównanie.
i zaczniemy właśnie od tego, jak było wcześniej (relacji z pierwszej edycji nie było, ale zapraszam Was do moich przemyśleń na temat drugiej - klik). pierwsza edycja może nie była doskonała (choć warsztaty fotograficzne - mimo tego, że dostałyśmy się chyba cudem, bo ilość miejsc była bardzo mocno ograniczona - sztos), jednak była to pierwsza edycja, więc wszystko było do wybaczenia. sale z warsztatami oddzielone od siebie cienkimi "parawanami", tak, że na jednych warsztatach było słychać prowadzącego z warsztatów obok. niektóre zajęcia będące jedynie promocją firmy (np. pierre rene czy remington), czy długie kolejki do kilku stanowisk firm, a czasu pomiędzy warsztatami i wykładami na tyle mało, że i tak w kolejce nie dało się wystać do końca. był nawet poczęstunek - co w sumie nie dziwi, bo konferencja trwała pół dnia od samego rana. były to jedynie kanapki, ale zawsze to coś do jedzenia ;)
na szczęście organizatorzy doskonale poprawili wszelkie błędy i druga edycja meet beauty odbyła się z wielką pompą i właściwie bez błędów, które pojawiły się za pierwszym razem. osobne sale warsztatowe, specjalne pomieszczenie, w którym prezentowały się poszczególne firmy, które jednocześnie było tzw. strefą relaksu, gdzie można było usiąść i odpocząć. nawet jedzenie się poprawiło. było dużo kanapek i pyszne ciepłe zupy na obiad. ogólnie duża przestrzeń i ogromne poczucie, że to super impreza, że jest się częścią czegoś wielkiego i ważnego.
a trzecia edycja? po pierwszej i drugiej edycji meet beauty, po tej kolejnej spodziewałam się dużo. nie chodzi o to, że miałaby być jeszcze lepsza od drugiej edycji. ale organizacyjnie na przykładzie pierwszej i drugiej edycji widać było duże postępy. niestety okazało się, że "nic nie może przecież wiecznie trwać" i tak oto organizacja trzeciej edycji mb jakby cofnęła się nieco do początku. nie chcę jedynie narzekać, bo muszę przyznać, że pod względem merytorycznym była to najlepiej przygotowana edycja ze wszystkich dotychczasowych. warsztaty i wykłady na których byłam na prawdę dużo mi dały. no i warsztaty w końcu miały prawdziwą formę warsztatów, gdzie mogłyśmy wypróbować różne rzeczy same (lakiery aquarelle na warsztatach neonail i sztuczne rzęsy na warsztatach eyelure). co prawda na warsztatach golden rose i gosh nie było dla nas części praktycznej, ale i tak mi się podobało - szczególnie na gr, gdzie dowiedziałam się, jak przygotować twarz pod makijaż.
jednak poza warsztatami i wykładami, strona organizacyjna jest też bardzo istotna. a tutaj niestety było bardzo słabo - może osoby, które były na meet beauty pierwszy raz nie odniosły takiego wrażenia, ale po dwóch wcześniejszych edycjach mogę śmiało stwierdzić, że w tym roku coś nie zagrało.
od czego by tu zacząć...
w tym roku meet beauty było połączone z targami beauty days, co w praktyce oznaczało, że na targowej hali była wydzielona mała strefa dla konferencji. sala wykładowa była jakby osobnym pomieszczeniem, co było super, jednak warsztaty odbywały się w dwóch "salach" utworzonych z jakichś takich cienkich parawanowych ścianek (witaj pierwsza edycjo) - ktoś na warsztatach obok powiedział coś głośniej przez mikrofon, a Ty nie słyszałaś osoby prowadzącej na swoich warsztatach... dodatkowy hałas z hali targowej, bo wiadomo, że tam pełno atrakcji, do tego często głośnych.
kolejna sprawa to "strefa relaksu", która w tym roku niestety nie wyglądała tak jak podczas drugiej edycji. było tam kilka miejsc do siedzenia, jednak niestety jak na 300 blogerek to trochę zbyt mało. przy strefie wydzielonej dla konferencji była też tylko jedna toaleta, do której nieustannie była kolejka. ale co poradzić.
była jednak także sprawa jedzenia. o ile podczas poprzednich edycji był zapewniony poczęstunek, tak tym razem niestety go nie było. przy wyjściu ze strefy meet beauty były za to postawione food trucki (2?!) i różnego rodzaju budy z jedzeniem. niestety nie dało się tam zjeść nic w miarę normalnego - same burgery, zapiekanki, kiełbasy i frytki. nie zrozumcie mnie źle, bo nie jestem jakimś wegemaniakiem, gdzie wszystko musi być fit. lubię street food i chętnie zjem dobrego burgera, ale właśnie - d o b r e g o. wyboru nie było, bo burgery były tylko w jednym miejscu i niestety nie były najlepsze (choć wiem, że niektórym smakowały ;) ). no i oczywiście płatność tylko gotówką. wybór jedzenia nie był zbyt duży, ale ze względu na brak innej opcji, trzeba było coś kupić.
i chyba już ostatnia kwestia organizacyjna, gdzie widać, że niestety coś zawiodło - gifty. broń boże nie chodzi mi o to, że dostałyśmy mało prezentów. tylko sama forma w tym roku była nieco dziwna. przed konferencją pojawiła się informacja, że w tym roku nie będzie specjalnej strefy, w której będą stoiska sponsorów meet beauty, tylko wszystkich będzie można spotkać w strefie targowej. pomyślałam sobie: ok, może i jest to jakieś rozwiązanie, ale chodząc dość regularnie na targi kosmetyczne, nie do końca wiedziałam, w jaki sposób 300 blogerek ma się zmieścić przy jakimś stoisku... targi beauty days nie są co prawda tak znane jak inne targi kosmetyczne (w porównaniu do beauty forum tu było po prostu pusto), bo była to dopiero jedna z pierwszych edycji. jednak nie to okazało się problemem. pierwszego dnia konferencji podczas jakiejś przerwy zobaczyłam, że niektóre dziewczyny mają torby z różnymi kosmetykami (innymi niż te z poszczególnych warsztatów) i z ciekawości zapytałam skąd je wzięły. na to jedna z nich opowiedziała mi całą historię, jak to trzeba iść na poszczególne stoiska i tam dają różne rzeczy. tam wystarczy pójść powiedzieć, że jest się z konferencji, w inne miejsce iść podać maila, a jeszcze gdzie indziej iść i powiedzieć, że jest się blogerką i podać bloga.
nie do końca lubię zachowywać się na zasadzie: "jestem blogerę, poproszę gifty", ale skoro w tym roku taka była forma konferencji, no to już trudno. poszłyśmy z dziewczynami i zaczęłyśmy załatwiać blogerskie biznesy :D niestety okazało się, że na stoisku bandi brakowało już niektórych produktów, bo okazało się, że darmowe kremy są łakomym kąskiem i pełno osób spoza konferencji dostało od firmy torby. kolejną firmą, która miała upominki tylko dla wybranych była delia. mam wrażenie, że było więcej stoisk, do których miałyśmy iść, ale  po prostu o tym nie wiedziałyśmy. bo to, co jest najdziwniejsze to to, że nie było żadnej oficjalnej informacji o tym, gdzie mamy iść i jakie informacje podać.
pod koniec drugiego dnia dostawałyśmy też kosmetyczne torby z pięknymi grafikami. były 4 różne grafiki, przedstawiające kolejno pielęgnację, kolorówkę, włosy i paznokcie. oczywiście lakieromaniaczki chciały torby z paznokciami, miałyśmy zresztą na identyfikatorach hasztag: paznokcie. ale niestety więcej osób chciało torby paznokciowe i nie wszystkie lakieromaniaczki takie dostały. ja poprosiłam specjalnie o torbę paznokciową (kiedy jeszcze były) i był duży problem, żebym akurat taką dostała, ale udało się :) szkoda tylko, że przez łowczynie giftów, które zmyły się jeszcze pierwszego dnia przed zakończeniem konferencji, niektóre z dziewczyn w ogóle nie dostały toreb, bo dla nich zabrakło.
zupełnie pominę już kwestię plebiscytu na najlepsze blogi w poszczególnych kategoriach i to, że o ile w pozostałych kategoriach wygrały znane blogi, tak w kategorii paznokciowej wygrała dziewczyna, o której żadna z naszego grona lakieromaniaczek niestety nigdy nie słyszała. a jak się później okazało, laureatka nagrody jest stylistką paznokci firmy indigo i lakiery tylko tej firmy prezentuje na blogu.
sam pomysł wręczenia nagród dla najlepszych blogów był bardzo fajny, ale sposób głosowania i to, że nie było podanej listy blogów biorących udział w konferencji było nieco dziwne i utrudniało wybór.
myślę, że to już koniec mojego biadolenia ;) oczywiście cieszę się, że dostałam się po raz kolejny na meet beauty i miałam szansę wziąć udział w tych wszystkich warsztatach i wykładach. w końcu dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o makijażu, dostałam pełno świetnych kosmetyków - w tym super podkład z eveline (którego używam! mój pierwszy podkład!!!) i pierwszy pędzel do podkładu z gosha :D
szkoda tylko, że skoro były 4 kategorie konferencji, kolorówka i pielęgnacja były tak mocno reprezentowane przez różne firmy, a np. paznokcie, czy włosy - dużo słabiej. ale pozostaje tylko mieć nadzieję, że w przyszłości będzie już tylko lepiej, a także, że moja relacja nie sprawi, że za rok się nie dostanę :D
a na koniec dwa zdjęcia paznokciowe, które ukradłam od Cieniu. pozostałe zdjęcia pochodzą z fanpage'a meet beauty

piątek, 21 lipca 2017

regenerum - regeneracyjne serum do rąk

bardzo lubię kremy do rąk i zawsze z przyjemnością wypróbowuję nowe, właściwie to kupuję je dość często i naprawdę rzadko kiedy jakiś zużywam do końca. ale używam ich przez okrągły rok i zawsze muszę mieć ze sobą jakiś w torebce. mam jeden ulubiony i taki, który działa zawsze, ale o nim opowiem Wam innym razem ;) chcę tylko zaznaczyć, że każdy nowy nabytek ma po prostu bardzo wysoko postawioną poprzeczkę :p
a dziś opowiem Wam parę słów o kremie do rąk regenerum. właściwie to nawet producent nie nazywa go kremem, a "regeneracyjnym serum". używam go już od ... miesięcy i w tym czasie nie sięgałam po żaden inny krem. zaczęłam go stosować, jak jeszcze jakiś czas było zimno, więc siłą rzeczy musiał stawić czoła mocno przesuszonej skórze rąk. chcecie wiedzieć czy sprostał temu zadaniu?
zacznijmy od tego, co mówi o kremie producent.
regeneracyjne serum do rąk intensywnie regeneruje, odżywia i pielęgnuje suchą, spierzchniętą skórę dłoni. Dzięki odpowiednio dobranej kompozycji składników aktywnych chroni ją przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych, nawilża i przywraca elastyczność.

w składzie znajdziemy: olej z róży, kom­pleks zawie­ra­jący wyciąg z lilii wod­nej i lipo aminokwas, wita­miny A i E, prowitaminę B5
zgodnie z tym co obiecuje producent, serum ma intensywnie regenerować przesuszoną i podrażnioną skórę rąk, łagodzić ją, nawilżać i odżywiać, przywracać jej hydrolipidową barierę ochronną, a także wpływać kojąco, redukując uczucie dyskomfortu spowodowanego czynnikami zewnętrznymi (takimi jak mróz, promieniowanie UV czy detergenty).
co o tym wszystkim myślę? muszę przyznać, że ten produkt miło mnie zaskoczył. gdy miałam mocno przesuszone i popękane dłonie, ten krem od razu przyniósł im ulgę i to już po pierwszym użyciu. ma bardzo treściwą i dość gęsta konsystencję jak na krem do rąk, ale może słowo "serum" zobowiązuje ;) ta konsystencja kojarzy mi się najbardziej z jakimś masełkiem. ale mimo to nie jest bardzo tłusty , ani tępy (nic z tych rzeczy co np. kremy palmers), choć zostawia na dłoniach lekki film. faktycznie dość szybko regeneruje skórę i przynosi jej natychmiastową ulgę, za co ogromny plus. właściwie co do jego właściwości nie ma się nawet do czego przyczepić ;) jedyna rzecz, która nie każdemu może podpasować to zapach. jest dość specyficzny. niby przyjemny, ale nie taki typowo kremowy i kosmetyczny, tylko jakby lekko ziołowy. ale to jedyny mały minus, choć nie każdy pewnie uzna to w ogóle za minus ;)

a tu jeszcze zdjęcia przed:
i po posmarowaniu rąk regenerum:

polecam, bo to naprawdę produkt warty wypróbowania :) zużyłam całe opakowanie, co też o czymś świadczy ;)

sobota, 15 lipca 2017

orly, la la land - anything goes

kolejny - i już ostatni - lakier orly z kolekcji la la land, który mam Wam do pokazania to topper anything goes. myślę, że to jeden z tych lakierów, które albo się kocha albo nienawidzi. ja zdecydowanie zaliczam się do grupy jego zwolenników, ale w sumie to chyba nie do końca jest miłość :D po prostu go lubię, może dlatego, że najzwyczajniej mam fioła na punkcie brokatu i błyskotek.
enything goes to mnóstwo mieniącego się na różowo i złoto (w zależności od koloru lakieru bazowego, na który go nakładamy) shimmeru i dwa rodzaje brokatu - różowe holograficzne kółka i niebieskie gwiazdki, a wszystko zatopione w bezbarwnej bazie. początkowo nie byłam do końca przekonana do tej shimmerowej bazy, bo przez drobinki zmienia ona nieco kolor lakieru bazowego (widać to szczególnie na jasnych odcieniach), ale koniec końców jakoś mi to nawet nie przeszkadzało ;)
brokat ze względu na rozmiary lubi opadać na dno, więc przed malowaniem warto wszystko dobrze wymieszać.
shimmeru nakłada się dużo, czasem miałam nawet wrażenie, że nieco za dużo, szczególnie jeśli na siłę próbujemy wyłowić jak najwięcej gwiazdek i kółek ;) które - swoją drogą - nawet aż tak bardzo nie odstawały od paznokci. ale na koniec zabezpieczyłam je warstwą topu. zdjęcia są bez niego, bo chciałam Wam pokazać, jak wygląda ten topper po wyschnięciu - nie jest idealnie błyszczący, tylko taki jakby lekko satynowy.

do kupienia na orlybeauty.pl

today there will be another and the last one orly polish from la la land collection, which I want to show you - anything goes topper. I think it's one of these love-hate polishes. I definitely belong to group of its fans, but to be honest I don't actually think it's something as strong as love ;) but I like it though, maybe just because I'm crazy about all that glitters and anything that shimmers.
anything goes is a clear base with loads of pink and gold shifting shimmer (it depends on base color) and two types of glitter particles - pink holographic circles and blue stars. at first I wasn't really sure about this shimmer base, cause it changes color of polish a bit (it's especially visible on light shades), but overall it doesn't really bother me in the end ;)
glitter due to its size tend to sink and group at the bottom of the bottle, so you should give it a good shake before painting.
when you apply this polish, a lot of shimmer gets on your nails, sometimes I even thing there is too much of it. but it happens when you do anything to catch as many circles and stars as you can ;) and if it's about them, I have to tell you they were quite "flat" and unproblematic on nails. but in the end I sealed them in topcoat. pics are without it to show you how this polish looks when its dry (it has something like a bit satin finish)


światło dzienne, eveline 8 w 1 sensitive, 3 warstwy orly - cool in california, 1 warstwa orly - anything goes, bez topu
daylight, eveline 8 in 1 sensitive, 3 coats of orly - cool in california, 1 coat of orly - anything goes, without topcoat

niedziela, 9 lipca 2017

orly, la la land - cool in california

dziś pora na kolejny lakier orly z kolekcji la la land. cool in california to moim zdaniem drugi po big city dreams najfajniejszy odcień z tej serii - jasny róż z lekkimi brzoskwiniowymi tonami. to kolor dość podobny do orly trendy (klik), tyle że w przeciwieństwie do trendy, zupełnie kremowy, o jogurtowym wykończeniu (tak, jak i pozostałe pastele z la la land) [w nadchodzącym tygodniu zrobię update i dodam porównanie tych dwóch lakierów]. niby to pastel, ale nieźle daje po oczach, więc właściwie zaliczyłabym go do neopasteli. aplikacja podobna jak w przypadku miętowego kolegi z kolekcji - big city dreams - ale mam wrażenie, że cool in california jednak jakoś minimalnie lepiej kryje, albo po prostu nie rozlewa się aż tak po płytce. nie zmienia to faktu, że do pełnego krycia i tak potrzebowałam trzech warstw.
fanki różu i brzoskwini pewnie będą zachwycone tym kolorem, bo jest dość niespotykany i będzie bardzo ładnie wyglądał z opaloną skórą ;) warto jednak pamiętać o niezbyt łatwej aplikacji, choć jeśli ktoś jest zaprawiony w bojach z pastelami - na pewno da radę ;)

do kupienia na orlybeauty.pl

today it's time for another orly polish from la la land collection. in my opionion cool in california is second the best shade in this collection - it's a light but vivid pink with a little peachy undertones. it has similar color to orly trendy (click), but its finish is a totally different story - it has yoghurt finish and it's a creme shade (like all la la land pastel polishes). it's a pastel, but really vivid and I'd even say it's a neopastel category ;) application is a bit difficult - like in case of mint big city dreams, but I felt like cool in california has a little bit better opacity or maybe it just doesn't literally flow on the edges of nails. despite that it still needs three coats to be fully opaque.
if you like pink and peachy shades, you'd propably love this one, because it's quite unique shade and it will look perfect with summer tan ;) you should remember about not so easy application though, but someone, who have battled pastels once - will also surely manage this one ;)

światło dzienne, eveline 8 w 1 sensitive, 3 warstwy orly - cool in california, bez topu
daylight, eveline 8 in 1 sensitive, 3 coats of orly - cool in california, without top coat

czwartek, 29 czerwca 2017

orly, la la land - big city dreams

kolekcja la la land narobiła niemałego zamieszania w blogosferze. śliczne pastelowe kolory sprawiły, że każdy miał ochotę wypróbować te lakiery, jednak niestety okazało się, że nie są one najłatwiejsze w obsłudze... ze względu na bardzo wodnistą konsystencję i słabe krycie. dziś napiszę Wam kilka słów o miętowym big city dreams, ale wiem, że wszystkie pastele z tej kolekcji kryją tak samo - nie najlepiej :p
big city dreams na początku podobał mi się najbardziej. później - już nie do końca pamiętam dlaczego - nie chciałam go mieć. wiecie, są takie lakiery, które kochamy mimo trudnego zmywania, czy nakładania, bo są tego warte. pomyślałam, że mięta jak mięta, nie będę się męczyć z trudną aplikacją i że ten lakier nie jest mi potrzebny. a później zobaczyłam go na zdjęciach u Magdy (redhead nails - klik) i stwierdziłam, że muszę go mieć :D

kolor jest bardzo ładny, to mięta, ale taka nie zbyt zielona, tylko idealnie wyważona, a do tego nie kredowa, tylko o jogurtowym wykończeniu. ale sama konsystencja tego lakieru... jak woda. zazwyczaj nakładam grubsze warstwy i nawet jak lakier słabiej kryje, to ta metoda pomaga. tu musiałam nakładać cienko, bo przy zbyt dużej ilości lakieru na płytce jego nadmiar błyskawicznie spływał na boki. nałożyłam 3 warstwy, a i tak miejscami było widać prześwity. miałam wrażenie, że ten lakier nie najszybciej też wysychał, ale to pewnie kwestia trzech warstw. wszystko to nie zmienia jednak faktu, że wielbicielki mięty - szczególnie wprawione w malowaniu - i tak pewnie chętnie sięgną po ten lakier ;) i zachęcam Was do tego, bo kolor w pewnym stopniu jednak rekompensuje trudy przy nakładaniu

do kupienia na orlybeauty.pl


it was a lot of fuss about orly's la la land collection lately. everyone wanted to try out these polishes because of their cute pastel colors, but unfortunately it turned out they are not so easy to work with due to watery formula and very weak opacity. today I'm gonna show you and tell something about big city dreams polish, but I know that all pastel shades from la la land collection have the same coverage and opacity - well... not very good:p

color of big city dreams is very pretty, it's a mint shade, but not too green, it fits perfectly between green and blue and it is well balanced. and has yoghurt finish, not a chalky one (with lots of white in it). but polish formula? it's really watery. I usually apply thicker coats and it really helps when polish has not very good opacity. but in this case I had to apply really thin coats, beacasue when I had too much polish on nail, almost all lacquer immediately flowed on the sides of nail. and you know, I applied 3 coats and still saw bold patches in some places... I also noticed that drying time was quite long, but it may be becasue of so many coats. but overall I think that fans of mint polishes will love this one, especially those who have some experience in painting and working with problematic shades. and you know what? I actually recommend you this one, because its color recompensate hard application in some way ;)


światło dzienne, eveline 8 w 1 sensitive, 3 warstwy orly - big city dreams, bez topu
daylight, eveline 8 in 8 sensitive, 3 coats of orly - big city dreams, without top coat

wtorek, 20 czerwca 2017

tęczowy gradient | rainbow gradient

ostatnio jakoś nie mogę się zebrać do pisania postów. zmiana pracy sprawia, że naprawdę nie ma się na nic czasu. ale nie dam się. muszę się zebrać i pokazać Wam te pierdyliardy zdjęć, które mam na kompie ;) a zaczniemy od tęczowego gradientu zrobionego tintami.
tinty zrobiły się popularne już jakiś czas temu. najpierw były chyba te z opi, później zaczęły je wprowadzać także inne firmy, a w zeszłym roku w hebe pojawiły się te z p2. seria gloss goes neon miała też białą bazę, której ja nie kupiłam, bo miałam na te lakiery trochę inny pomysł. i choć zrobienie gradientu tintami do najłatwiejszych nie należało (miliony warstw), myślę, że efekt, jaki można w ten sposób uzyskać, wynagradza wszelkie "trudy" :D 
najpierw nałożyłam na paznokcie jedną warstwę lakieru dance legend - steel panther, który w przezroczystej bazie ma pełno dużych holo drobinek (muszę o nim kiedyś napisać osobny post, bo to super lakier), a później zrobiłam gradient czterema tintami z p2 (wszystkie wymienione w dalszej części posta) zwykłą gąbeczką do makijażu. "warstw" było kilka, bo tinty są bardzo przejrzyste, więc generalnie spędziłam cały wieczór na gąbeczkowaniu paznokci. ale myślę, że było warto :D

well, I can't mobilize to write lately. changing job really cause time just magically dissapear. but I have to pull myself together and show you these billions of pics I've made. let's start from rainbow tint gradient.
tints has became popular a while ago. first was opi's, than other brands started to produce them and about a year ago in hebe drugstore appeared these from p2. gloss goes neon collection has even its own white base, but I didn't buy it, because I had a bit different idea of using these polishes. and you know, making this gradient wasn't the easiest thing to do (billions of layers), but I think all the efforts was worth that.
first I painted my nails with one layer of dance legend - steel panther (great polish with large holo particles in clear base) and then made gradient using 4 tints (all listed below) and make-up sponge. I did quite a few "layers", because tints are really sheer (well that's definition of tint, right?), so well... 
I just think that result which you can achieve this way is worth trying and spending whole eveneing just tapping your nails with tints using make-up sponge.


światło dzienne, indigo - nail therapy, 1 warstwa dance legend - 13 steel panther, tinty z p2 nakładane gąbeczką: zielony - 080 ferris wheel, granat - 070 skycoaster, fiolet - 060 carousel, różowy - 050 loop-di-loop
daylight, indigo - nail therapy, 1 coat of dance legend - 13 steel panther, p2 tints applied with make up sponge: green - 080 ferris wheel, navy blue - 070 skycoaster, purple - 060 carousel, pink - 050 loop-di-loop

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...