niedziela, 27 sierpnia 2017

colour alike - 629 holy sin

wiele firm posiadających w swojej ofercie lakiery holograficzne w pewnym momencie próbuje zrobić czerwone holo. zazwyczaj jednak efekt holograficzny jest w tych lakierach nieco stłumiony. colour alike także zrobiło taki lakier i muszę przyznać, że nasycenie jego holograficzności jest całkiem niezłe i porównywalne do innych lakierów ca z nowszych kolekcji :) być może mamy tu całkiem dużo holo w holo (co nie do końca widać na zdjęciach, bo miałam lekki problem z uchwyceniem tęczy na czerwieni) ze względu na rozmiar holograficznych drobinek, które są całkiem duże. bazą holy sin jest dość ciemna żelkowa czerwień. jednak drobinek jest na tyle dużo, że lakier świetnie kryje już przy dwóch warstwach. wysycha szybko, jak wszystkie lakiery colour alike, a podczas wysychania przyjemnie owocowo pachnie.

holy sin to nie jedyny czerwony lakier holograficzny, który ca ma w swojej ofercie. w najnowszej kolekcji i love bossa też znajduje się czerwień, ale nie mam jej, więc ich nie porównam

do kupienia na colorowo.pl

many brands which have holographic polishes in some point try to make red one, but very often holographic effect in red is a bit dull. colour alike also did red holo and I have to admit that intensity of holo here is quite impressive and on similar level as in lately ca holographic polishes. maybe we have so much holo in holo because of size of holographic particles, which are quite big. holy sin has dark red jelly base, but there is so many holo particles that you need only two coats for it to be fully opaque. it dries fast as all colour alike polishes and while drying smell nicely - it's some kind of fruity scent.

holy sin is not the only one red holographic polish from colour alike. in their latest collection i love bossa you can also find red holo, but I don't have it, so I'm sorry, I can't compare them

światło dzienne, sally hansen - diamond strenth, 2 warstwy colour alike - 529 holy sin, bez topu
daylight, sally hansen - diamond strenth, 2 coats of colour alike - 529 holy sin, without topcoat

środa, 16 sierpnia 2017

colour alike - 625 one I love (flakies)

chyba każda lakieromaniaczka kojarzy flejkowe lakiery indie, takie jak choćby ilnp. ostatnio tego typu lakiery stały się na tyle popularne, że postanowiła je wyprodukować nawet jedna polsla marka - colour alike. ca postawiło na dwa flejkowe duochromowe kolory: fioletowo-niebieski i zielono-różowy. do mnie trafił ten drugi.
one I love z numerem 625 to bezbarwna baza z flejkami mieniącymi się od różu do zieleni (przechodząc przez pomarańczowy, żółty i złoty), a także z holograficznymi drobinkami. w sumie to można by powiedzieć, że to już za dużo grzybów w barszczu, ale takie rozwiązanie ma też swoje plusy. dzięki temu lakier w cieniu pokazuje swoją multichromową naturę, a w słońcu i sztucznym świetle widać mieniące się holodrobinki.
zazwyczaj bardziej podobają mi się fioletowo-zielono-niebieskie multichromy, ale jako fanka lakierowych dziwolągów muszę przyznać, że połączenie kolorystyczne w one I love jest całkiem ciekawe i ma coś w sobie ;)

do kupienia na colorowo.pl

I think every nail polish maniac knows indie flakies nail polishes, jak e.g ilnp. such lacquers have become so popular lately, that even one polish brand - colour alike - decided to produce them. ca made two colors of flakies, which shift: purple-blue and green-pink. I got the second one.
one I love (#625) is a clear base with flakies shifting from pink to green (through orange, yellow and gold) and tiny holographic particles. some can say it's too much of a good thing, but such a combo has also its pros. in the shadow you can see multichromatic nature of polish and in sunlight or artificial light you can see holo magic.
I'm usually fond of purple-green-blue shifting multichromes, but as a huge fan of weirdos in nail polish world (all these love-hate shades <3) I have to admit that color combination in one I love is quite special ;)

światło dzienne, sally hansen - diamond strength, 1 warstwa czerni: gosh - nero, 1 warstwa colour alike - 625 one i love, bez topu
daylight, sally hansen - diamond strength, 1 coat of black: gosh - nero, 1 coat of colour alike - 625 one i love, without topcoat

wtorek, 1 sierpnia 2017

mocno subiektywna relacja z trzeciej edycji meet beauty

minął już jakiś czas i mogę spokojnie powiedzieć, że emocje opadły, a ja trochę ochłonęłam i teraz mogę Wam w końcu opowiedzieć o trzeciej edycji konferencji blogerskiej Meet Beauty. czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta to wydarzenie, które miało miejsce w maju? wiem, że minęło już sporo czasu, ale jeśli jesteście ciekawi mojej relacji, zapraszam ;)
każda edycja Meet Beauty budziła ogromne zainteresowanie i emocje. tym razem nie było inaczej. konferencja blogerska, w której biorą udział największe blogi kosmetyczne to nie lada gratka. mam to szczęście, że udało mi się dostać na każdą z trzech edycji, dzięki czemu mam pewne porównanie.
i zaczniemy właśnie od tego, jak było wcześniej (relacji z pierwszej edycji nie było, ale zapraszam Was do moich przemyśleń na temat drugiej - klik). pierwsza edycja może nie była doskonała (choć warsztaty fotograficzne - mimo tego, że dostałyśmy się chyba cudem, bo ilość miejsc była bardzo mocno ograniczona - sztos), jednak była to pierwsza edycja, więc wszystko było do wybaczenia. sale z warsztatami oddzielone od siebie cienkimi "parawanami", tak, że na jednych warsztatach było słychać prowadzącego z warsztatów obok. niektóre zajęcia będące jedynie promocją firmy (np. pierre rene czy remington), czy długie kolejki do kilku stanowisk firm, a czasu pomiędzy warsztatami i wykładami na tyle mało, że i tak w kolejce nie dało się wystać do końca. był nawet poczęstunek - co w sumie nie dziwi, bo konferencja trwała pół dnia od samego rana. były to jedynie kanapki, ale zawsze to coś do jedzenia ;)
na szczęście organizatorzy doskonale poprawili wszelkie błędy i druga edycja meet beauty odbyła się z wielką pompą i właściwie bez błędów, które pojawiły się za pierwszym razem. osobne sale warsztatowe, specjalne pomieszczenie, w którym prezentowały się poszczególne firmy, które jednocześnie było tzw. strefą relaksu, gdzie można było usiąść i odpocząć. nawet jedzenie się poprawiło. było dużo kanapek i pyszne ciepłe zupy na obiad. ogólnie duża przestrzeń i ogromne poczucie, że to super impreza, że jest się częścią czegoś wielkiego i ważnego.
a trzecia edycja? po pierwszej i drugiej edycji meet beauty, po tej kolejnej spodziewałam się dużo. nie chodzi o to, że miałaby być jeszcze lepsza od drugiej edycji. ale organizacyjnie na przykładzie pierwszej i drugiej edycji widać było duże postępy. niestety okazało się, że "nic nie może przecież wiecznie trwać" i tak oto organizacja trzeciej edycji mb jakby cofnęła się nieco do początku. nie chcę jedynie narzekać, bo muszę przyznać, że pod względem merytorycznym była to najlepiej przygotowana edycja ze wszystkich dotychczasowych. warsztaty i wykłady na których byłam na prawdę dużo mi dały. no i warsztaty w końcu miały prawdziwą formę warsztatów, gdzie mogłyśmy wypróbować różne rzeczy same (lakiery aquarelle na warsztatach neonail i sztuczne rzęsy na warsztatach eyelure). co prawda na warsztatach golden rose i gosh nie było dla nas części praktycznej, ale i tak mi się podobało - szczególnie na gr, gdzie dowiedziałam się, jak przygotować twarz pod makijaż.
jednak poza warsztatami i wykładami, strona organizacyjna jest też bardzo istotna. a tutaj niestety było bardzo słabo - może osoby, które były na meet beauty pierwszy raz nie odniosły takiego wrażenia, ale po dwóch wcześniejszych edycjach mogę śmiało stwierdzić, że w tym roku coś nie zagrało.
od czego by tu zacząć...
w tym roku meet beauty było połączone z targami beauty days, co w praktyce oznaczało, że na targowej hali była wydzielona mała strefa dla konferencji. sala wykładowa była jakby osobnym pomieszczeniem, co było super, jednak warsztaty odbywały się w dwóch "salach" utworzonych z jakichś takich cienkich parawanowych ścianek (witaj pierwsza edycjo) - ktoś na warsztatach obok powiedział coś głośniej przez mikrofon, a Ty nie słyszałaś osoby prowadzącej na swoich warsztatach... dodatkowy hałas z hali targowej, bo wiadomo, że tam pełno atrakcji, do tego często głośnych.
kolejna sprawa to "strefa relaksu", która w tym roku niestety nie wyglądała tak jak podczas drugiej edycji. było tam kilka miejsc do siedzenia, jednak niestety jak na 300 blogerek to trochę zbyt mało. przy strefie wydzielonej dla konferencji była też tylko jedna toaleta, do której nieustannie była kolejka. ale co poradzić.
była jednak także sprawa jedzenia. o ile podczas poprzednich edycji był zapewniony poczęstunek, tak tym razem niestety go nie było. przy wyjściu ze strefy meet beauty były za to postawione food trucki (2?!) i różnego rodzaju budy z jedzeniem. niestety nie dało się tam zjeść nic w miarę normalnego - same burgery, zapiekanki, kiełbasy i frytki. nie zrozumcie mnie źle, bo nie jestem jakimś wegemaniakiem, gdzie wszystko musi być fit. lubię street food i chętnie zjem dobrego burgera, ale właśnie - d o b r e g o. wyboru nie było, bo burgery były tylko w jednym miejscu i niestety nie były najlepsze (choć wiem, że niektórym smakowały ;) ). no i oczywiście płatność tylko gotówką. wybór jedzenia nie był zbyt duży, ale ze względu na brak innej opcji, trzeba było coś kupić.
i chyba już ostatnia kwestia organizacyjna, gdzie widać, że niestety coś zawiodło - gifty. broń boże nie chodzi mi o to, że dostałyśmy mało prezentów. tylko sama forma w tym roku była nieco dziwna. przed konferencją pojawiła się informacja, że w tym roku nie będzie specjalnej strefy, w której będą stoiska sponsorów meet beauty, tylko wszystkich będzie można spotkać w strefie targowej. pomyślałam sobie: ok, może i jest to jakieś rozwiązanie, ale chodząc dość regularnie na targi kosmetyczne, nie do końca wiedziałam, w jaki sposób 300 blogerek ma się zmieścić przy jakimś stoisku... targi beauty days nie są co prawda tak znane jak inne targi kosmetyczne (w porównaniu do beauty forum tu było po prostu pusto), bo była to dopiero jedna z pierwszych edycji. jednak nie to okazało się problemem. pierwszego dnia konferencji podczas jakiejś przerwy zobaczyłam, że niektóre dziewczyny mają torby z różnymi kosmetykami (innymi niż te z poszczególnych warsztatów) i z ciekawości zapytałam skąd je wzięły. na to jedna z nich opowiedziała mi całą historię, jak to trzeba iść na poszczególne stoiska i tam dają różne rzeczy. tam wystarczy pójść powiedzieć, że jest się z konferencji, w inne miejsce iść podać maila, a jeszcze gdzie indziej iść i powiedzieć, że jest się blogerką i podać bloga.
nie do końca lubię zachowywać się na zasadzie: "jestem blogerę, poproszę gifty", ale skoro w tym roku taka była forma konferencji, no to już trudno. poszłyśmy z dziewczynami i zaczęłyśmy załatwiać blogerskie biznesy :D niestety okazało się, że na stoisku bandi brakowało już niektórych produktów, bo okazało się, że darmowe kremy są łakomym kąskiem i pełno osób spoza konferencji dostało od firmy torby. kolejną firmą, która miała upominki tylko dla wybranych była delia. mam wrażenie, że było więcej stoisk, do których miałyśmy iść, ale  po prostu o tym nie wiedziałyśmy. bo to, co jest najdziwniejsze to to, że nie było żadnej oficjalnej informacji o tym, gdzie mamy iść i jakie informacje podać.
pod koniec drugiego dnia dostawałyśmy też kosmetyczne torby z pięknymi grafikami. były 4 różne grafiki, przedstawiające kolejno pielęgnację, kolorówkę, włosy i paznokcie. oczywiście lakieromaniaczki chciały torby z paznokciami, miałyśmy zresztą na identyfikatorach hasztag: paznokcie. ale niestety więcej osób chciało torby paznokciowe i nie wszystkie lakieromaniaczki takie dostały. ja poprosiłam specjalnie o torbę paznokciową (kiedy jeszcze były) i był duży problem, żebym akurat taką dostała, ale udało się :) szkoda tylko, że przez łowczynie giftów, które zmyły się jeszcze pierwszego dnia przed zakończeniem konferencji, niektóre z dziewczyn w ogóle nie dostały toreb, bo dla nich zabrakło.
zupełnie pominę już kwestię plebiscytu na najlepsze blogi w poszczególnych kategoriach i to, że o ile w pozostałych kategoriach wygrały znane blogi, tak w kategorii paznokciowej wygrała dziewczyna, o której żadna z naszego grona lakieromaniaczek niestety nigdy nie słyszała. a jak się później okazało, laureatka nagrody jest stylistką paznokci firmy indigo i lakiery tylko tej firmy prezentuje na blogu.
sam pomysł wręczenia nagród dla najlepszych blogów był bardzo fajny, ale sposób głosowania i to, że nie było podanej listy blogów biorących udział w konferencji było nieco dziwne i utrudniało wybór.
myślę, że to już koniec mojego biadolenia ;) oczywiście cieszę się, że dostałam się po raz kolejny na meet beauty i miałam szansę wziąć udział w tych wszystkich warsztatach i wykładach. w końcu dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o makijażu, dostałam pełno świetnych kosmetyków - w tym super podkład z eveline (którego używam! mój pierwszy podkład!!!) i pierwszy pędzel do podkładu z gosha :D
szkoda tylko, że skoro były 4 kategorie konferencji, kolorówka i pielęgnacja były tak mocno reprezentowane przez różne firmy, a np. paznokcie, czy włosy - dużo słabiej. ale pozostaje tylko mieć nadzieję, że w przyszłości będzie już tylko lepiej, a także, że moja relacja nie sprawi, że za rok się nie dostanę :D
a na koniec dwa zdjęcia paznokciowe, które ukradłam od Cieniu. pozostałe zdjęcia pochodzą z fanpage'a meet beauty

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...